Wieczór Wilków Morskich w… Sosnowcu – taką to biesiadę zafundował sobie Weekendaszek.

Gdyby ktoś jeszcze nie był w temacie, to w ubiegłą niedzielę dały tam koncert dwie fantastyczne, szantowe formacje, czyli Sąsiedzi i Banana Boat. Banany, coraz bardziej dojrzałe, świętowały śpiewająco, więc były i „stolaty”, i prezenty, a Sąsiedzi wrócili do występów z Kubą, co nasz stary fanklub akurat niezmiernie cieszy i jednogłośnie mówimy „Tak trzymać”!!!

I nie była to uczta dla wąskiego grona koneserów dźwięków koncertiny, czy bodhranu. Piękne, trochę ckliwe ballady skusiły wielu mieszkańców tego urokliwego kurortu, a nawet gości zza morza, czyli nas. Lekko zagubieni i delikatnie wyobcowani kręciliśmy się w strugach deszczu po stolicy Zagłębia jakby nas ktoś w drzwiach obrotowych zablokował…. Ale warto było!

Dlaczego? Bo szanty na żywo mają tę moc i, jak to powiedział ojciec prowadzący,  są o tym, że nie zawsze jest pięknie tam, gdzie nas nie ma (tę myśl akurat trudno mi zgłębić, ale domyślam się, że chodzi o to, że powinniśmy jednak być wszędzie, by i tam było pięknie ;-), co zresztą już kiedyś usłyszałam od pewnego przemiłego kardiologa z Zagrzebia, gdy wyznał, że jak się pojawiłam, to zaświeciło słońce…)

Ale jak opisać muzykę, która powstała wieki temu po to, by żeglarzom łatwiej się żyło (czytaj: wybierało to i owo do rytmu)? Bo szanty to nie tylko pieśni grogowych fantazjuszy o tym, czego to nie będą wyprawiać w najbliższym porcie i z kim… To także nie tylko łzawe historie samotnych żeglarzy, oszukanych przez los… Ani nie legendy o krwawych żniwach królewskich korsarzy…

Tego nie da się opisać, ale warto spróbować.

Bo szanty są dla marzycieli, dla awanturników, dla niespokojnych dusz, które co rusz gdzieś gna, dla szalonych głów, dla wesołków, dla przyjaciół…

A dla przyjaciół trzeba mieć czas, bo nigdy nie wiadomo, co przyniesie los…

I o tym właśnie są szanty…