O psie, który przepowiadał burze

Wszystko zaczęło się dokładnie dwa lata temu, w upalne letnie popołudnie. W domu sąsiada zamieszkał psiak-przybłęda. A właściwie nie „w domu” tylko jeszcze „na budowie”, nie „zamieszkał” tylko ukrywał i nie „przybłęda”, tylko uciekinier.

 

Ale od początku.

W naszej okolicy jest hodowla psów. Hodowla to powiedziane nad wyraz odpowiedzialnie. Uprawa? Rozmnażalnia? W każdym bądź razie wielorasowe stadko szczeka sobie rankami i wieczorami ze starej chałupy i rzadko je ktokolwiek widuje na wybiegu, czyli „na polu”, jak się tu mawia.

No i z tej „hodowli” uciekł piesek, tylko, że nikt o tym nie wiedział, bo chyba nikt go nie szukał… A może nawet nikt tego przez nie zauważył? W każdym razie Fifi, bo tak roboczo nazwaliśmy zapchlaka, zamieszkał na budowie (pięćset metrów od swojego domu, jak się dużo później okazało) i wiódł na niej szczęśliwe życie wygnańca, nad którym wszyscy wkoło się litują znosząc mu co lepsze kąski i świeżą, źródlaną wodę, stosownie do adresu pod którym postanowił się azylować.

Fifi był rasowym jorkiem, nieufnym i zrzędliwym, jak przystało na małego psa. Ale miał tą wielką zaletę, że był małym piesiuniem, na widok którego piszczały wszystkie dzieci, gotowe sprzedać ojca i matkę za jedno łaskawe merdnięcie. O większych czułościach nie mogło być mowy!

Tym sposobem to biedne, skołtunione, potargane i wygłodniałe zwierzę trafiło pod nasz dach. Oczywiście nie od razu! Fifi był tak zdziczały, że kulturalne „przejęcie” nie wchodziło w grę. Unikał kontaktu z wszystkimi, za wyjątkiem obcowania ze świeżą kiełbasą. A to musiało go w końcu zgubić. Odpowiednio podwędzony kęs, zgrabnie wmontowany w żywołapkę, zrobił swoje nim się Fifi spostrzegł. Tak zabezpieczony powitał weterynarza – pożegnał zaopatrzony w leki uspokajające. Pomogło.  Fifi, ze skołtunionego, porzuconego psa, awansował na zdrowego, odrobaczonego, przystrzyżonego fachowo jorka i zaczął się jako tako prezentować. Można mu było zaufać na tyle, że wpuszczany do domu nie rzucał się już gospodarzowi do szyi.  Dziwnym trafem największym zaufaniem postanowił obdarzyć właśnie mnie, co było o tyle zastanawiające, że wszyscy skakali nad Fifim, tylko nie ja… Ale zwierzęta znają się na ludziach, o czym później.

W takim szczęśliwym stadku mijały nam dni.

Niestety wszystko ma swój kres. Fifi pewnego dnia odszedł. Nie zszedł, tylko odszedł. Tak.

Odszedł ze swoją panią, chociaż mieliśmy wrażenie, że gdy zjawiła się po niego to spojrzał na nas z wyrzutem. Szukaliśmy dla niego domu, wypytywaliśmy komu zginął, a tu nagle, zamiast cieszyć się, że się odnalazł, poczuliśmy, że go zdradziliśmy. Oddaliśmy go osobie, od której uciekł… Do której nie chciał wrócić. To bolało…

Wracając jednak do tematu, bo miało być o psie, który przepowiada burze.

Strata Fifiego była tak bolesna, że po miesiącu merdał już u nas nowy Fifi, nazwany ostatecznie Ozzym. Ozzy mieszka z nami do dziś, jest sznaucerkiem o bardzo udanym charakterze – wesoły, towarzyski, bezpieczny dla dzieci. Szczeka tylko w sytuacji poważnego zagrożenia i przy osobach z grupy „dziwnych”. Co często się przydaje, bo wiadomo, jak jest – każdy niby miły, niby szczery, a co sobie myśli, to wie tylko Ozzy. Jak taki „gość” knuje źle, to Ozzy szczeka, a my wtedy pass, po interesach. Ozzy ma jeszcze jedną przydatną cechę – wyczuwa burzę – czmycha wtedy pod biurko, a dokładnie między moje nogi a ścianę, psim tyłkiem przykleja się do komputera i tam udaje, że go nie ma, chociaż jest. Jak tak udaje, że go nie ma, to wtedy burza nadchodzi. Skubaniec ma farta, bo go jeszcze nie znalazła.

Koniec.

 

« »

© 2019 Weekendaszek. Theme by Anders Norén.