Rzecz się dzieje w ferworze przedświątecznych zakupów, w znanym dyskoncie spożywczym.

O dziwo ludzi mało, promocji dużo, coś jest nie halo! Tajemnicze opustoszenie wyjaśnia się jednak szybko, dzicy zakupnicy stoją w kolejce do kasy… jednej czynnej. Szczęśliwie duża kultura, wszyscy czekają grzecznie, bez awantur, w końcu to prawie święta i nie wypada nikogo poganiać! 
Tymczasem po sklepie krąży, jak się później okaże, prawdziwa lisiczka, czyli pani o wieku nieokreślonym, ale za to z cechą szczególną, lisią czapą! Krąży niepozornie, tylko ta lisia kita odciąga mój wzrok od bakalii i śledzi. Co patrzę na regał, to kitę widzę! Ale jestem pewna, że jest sama i jedna jedyna, to tylko ten miejski kamuflaż tak mnie rozprasza, że wszędzie ją widzę, bo ja tak już mam, że jak się ktoś próbuje przede mną ukryć, to mi się lampka zapala i fiksuję, aż osobnika nie złapię. No taki instynkt.

No i ta lisia kita – widzę to kątem oka stojąc w kolejce, która rozluźniła się nagle, gdy tylko wkleiłam wzrok w planery, bo wiadomo, planerów nigdy w domu za dużo…

Co zrobiła? Jak myślicie?