Wstęp będzie krótki. Dziś trzej najprawdziwsi Mikołajowie opowiadają o kulisach swojej pracy. Sami się przekonacie, że w tej branży lekko nie jest! Stres, ciągłe niebezpieczeństwo, braki w budżecie, upierdliwi smarkacze, no i te elfy, wiecznie na bańce…

Mikołaj „Michał”

Było tak. Pamiętam jak dziś! Jakieś sto lat temu zostałem zaproszony do bardzo eleganckiej rodziny. On dobrze zapowiadający się stomatolog, ona wytworna dama, dwoje uroczych dzieci, myślę sobie „bułka z masłem”, więc poluzowałem sztuczną brodę, bo mnie trochę kuła. Wtedy młody jeszcze byłem, nie to co teraz, i musiałem sobie radzić takimi różnymi fikuśnymi dopinkami… No i siedzę w fotelu, luzuję tą brodę, gorąco tam u nich, aż strach, chyba zapomnieli, że z Laponii lecę (a tam zimno), więc pot mi spływa Amazonką, ale trzymam fason. Nagle pojawiają się goście – taki mały nicpoń z mamunią, co to od razu źle mu z oczu patrzy, myślę, będą kłopoty. Ale nic, robota to robota, rozdam paczki i lecę. Wszystko idzie gładko – wytrzymam, dam radę! Przychodzi kolej na „nicponia”. Kurtuazyjnie pytam, czy był grzeczny (po gówniarzu na kilometr widać, że nie był), ale pytam… A młody, zachodzi mnie od tyłu, ściąga bezpretensjonalnie beret, tzn tą czapkę moją mikołajową, ściąga sztuczne włosy (swoich już dawno nie mam…), zrywa brodę… i spieprza do garażu. Dzieci gospodarza w płacz i lament, ogólny popłoch i panika… Rozpierducha na 120 fajerek… Długo do siebie po tym dochodziłem… W nałóg wpadłem, ech smutna historia… No i na zleceniach się odbiło, plotka w świat poszła, że łysy jestem i z dziećmi sobie nie radzę… Mówię – jakie dzieci? Toż to diabeł wcielony był! No kłopotów się przez smarkacza narobiło, że hej!

Mikołaj „Tomek”

HoHoHo! Pamiętam ten dzień dokładnie. Pogoda, jak malowanie! Puszysty śnieg, gwiazdy, blask księżyca, dziecięce buźki w oknach… Bajka! Dobrze być Mikołajem! Ale, nigdy nie chwal dnia przed zachodem słońca! Pech chciał, że tego śniegu napadało ponad miarę. Nawet jak na moje sanie, a dom hen hen, wysoko na górce, tak, że nawet na zimowych płozach nie dosunę! Zsiadam więc i chociaż stary jestem, to łoję pod górę na piechotę. Wór mi ciąży, bo duże zamówienie było… Już w połowie góry jestem, a tu jak nie wypadną na mnie dwa wielkie wilczury i dawaj za worek! Szarpię się z nimi sam, bo te leniwe elfy znowu zapiły i nic nie widziały… Znikąd pomocy! Psy szarpią, ja się szamotam, a tam w oknach dziecięce buźki przyklejone do szyby umierają, ale nie ze strachu! Tylko ze śmiechu! Wtedy to już do końca straciłem wiarę w ludzi i serce do tej roboty… Dotarłem jakoś do tej chaty, rozdałem prezenty, nawet mi się tych głupich wierszyków i piosenek słuchać już nie chciało. Większego upokorzenia w życiu nie przeżyłem. Zdyszany, pogryziony,  a do tego z rozerwanym workiem… Rzuciłem tą robotę jeszcze tego samego dnia. Na rencie jestem, na Zdrowej, tfu… zdrowotnej!

Mikołaj „Krzysiek”

Bardzo chciałem zostać Mikołajem… Mieszkałem wtedy w bloku, a nie w żadnej podmiejskiej willi za kołem podbiegunowym. Szukałem roboty i chodziłem po sąsiadach, czy nie potrzebują Mikołaja, że ja chętnie, że się nadaję, że duży chłop jestem i lubię dzieci… Ale nic. Nikt nic… No po prostu czarna rozpacz… Pomyślałem sobie wtedy, że sam się zatrudnię! Założyłem działalność, zainwestowałem w paczki, w ładne opakowania, ale nie miałem już kasy na profesjonalny, mikołajowy uniform. Wiecie, jak to jest, w pół drogi się zatrzymać? Miałem już wszystko, za wyjątkiem tej oldschoolowej peleryny. Przeszukałem wszystkie pawlacze za jakimś substytutem i – znalazłem! Byłem uratowany! Szóstego grudnia elegancko przygotowany, ze spakowanymi prezentami przekroczyłem próg swego mieszkania, by, jak przystało na prawdziwego Mikołaja, obdarować biedne dzieci sąsiadów. Dumnie kroczyłem całą rozciągłością korytarza na długim przedłużaczu, szczelnie owinięty w świecące lampki choinkowe! Tak właśnie zostałem Świetlnym Mikołajem! Niby się podobało, ale ci sąsiedzi, to chamy były skończone, paczkę złapali, drzwiami trzasnęli, nawet grzańca mi nie zaproponowali… Wróciłem tam później już w normalnym ubraniu i z paralizatora ich trzasnąłem, a co! Jak się to skończyło, nie pamiętam… Ale już tam nie mieszkam…

Panom Mikołajom dziękujemy za zwierzenia…

Historie oparte na faktach.

Wszelkie podobieństwa nieprzypadkowe.

 

Osoby chętne do finansowego wsparcia Mikołajów z naszego ośrodka dla weteranów prosimy o bezpośredni kontakt z Zarządem.