Jak uciekłam z domu

Mówi się, że „tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”, a ta historia jest tego świetnym przykładem, bo całe moje wczesne dzieciństwo składało się z jednego wielkiego marzenia… o ucieczce z domu!

Nie, nie dlatego, że było źle i szukałam dla siebie bezpieczniejszego miejsca. Absolutnie nie! Marzenie to wynikało z innego marzenia – o przygodzie! Wychowywałam się w czasach, gdy w każdym filmie, czy serialu dla dzieci – a nie było ich w tamtych czasach wcale tak dużo – pojawiał się motyw ucieczki. Nie wiem, jak Ministerstwo Oświaty selekcjonowało te filmy, ale działały na mój dziecinny i zarazem romantyczny umysł nad wyraz intensywnie. Teraz, gdy nad tym myślę, podejrzewam, że padłam ofiarą jakiejś zbiorowej hipnozy, która miała wywabiać dzieciaki z domów, z zamiarem ich przechwycenia w celach propagandowych.

Schemat ogólnie był taki:

  • główny bohater ma fajnych kumpli
  • główny bohater czuje zew przygody
  • główny bohater ucieka z domu, by wyjść naprzeciw przygodzie (oczywiście z towarzyszeniem kumpli)
  • rodzice orientują się, że ich pociecha „wyparowała” i wpadają, na przemian, to w szał, to w rozpacz
  • uciekinierzy walczą o życie i przeżywają najwspanialszą przygodę pod słońcem
  • bohaterowie zostają cudem uratowani  i wracają do domu
  • rodzice cieszą się jak głupi – zero konsekwencji za ucieczkę
  • napisy końcowe
  • the end.

W każdym razie i ja, w wieku lat 5, postanowiłam zażyć dawki mocnych wrażeń i zdecydowałam, że przy pierwszej nadarzającej się okazji, ucieknę z domu, jak moi filmowi bohaterowie.

Generalnie plan był prosty – oficjalnie kładę się spać, a nie oficjalnie – wymykam przez okno. Reszta miała nadejść sama. Reszta, tzn. PRZYGODA!

Tak też zrobiłam. Pewnego razu, gdy babcia położyła mnie do wielkiego łoża, które pamiętało jeszcze Franza Josepha, zrozumiałam, że nadszedł TEN dzień. Wiedziałam, że po kilku minutach kołysanek, pójdzie do sąsiedniego pokoju na swój ulubiony serial, pasjansik lub remika, co dawało mi dobrą godzinę na ucieczkę. Wystarczająco dużo. Może się komuś nasunąć pytanie dlaczego uciekałam od babci, a nie od rodziców? Odpowiedź jest zaskakująco prosta – ze względów bezpieczeństwa!  Babcia miała sypialnię na parterze, a rodzice mieszkali w bloku, na piętrze. A ja nie zamierzałam się na wstępie połamać!

Otwarłam okno i wyskoczyłam. Tak jak stałam  – w długiej bawełnianej koszuli, jak z „Babiego lata” Chełmońskiego! Wskoczyłam do ogródka z różami (miały kolce, tak), ale za to z ogródka była już prosta droga do wolności!

Była, tylko że…

Swą eskapadę zakończyłam pod oknem próbując wdrapać się z powrotem, co już nie było takie proste… Do dziś się zastanawiam, czy któryś z sąsiadów mnie wtedy widział?

Ostatecznie jakoś się wgramoliłam i z bijącym sercem weszłam z powrotem do łóżka. Emocje sięgały zenitu! Uciekłam i wróciłam! Przygoda w pigułce – ekstremum minimalizmu!

Bo tak naprawdę za dobrze mi było, żeby uciekać na dłużej, ale zrozumiałam jedno, że jeśli tylko przyjdzie taka potrzeba, że jeśli tylko przygoda ponownie zapuka do mojego serca, to dam radę czmychnąć w każdej chwili i bez zastanowienia!

I ta świadomość wystarczyła mi na wiele lat…

« »

© 2019 Weekendaszek. Theme by Anders Norén.