Że dzieci trzeba wychowywać, wiedzą wszyscy, ale nie wszyscy wiedzą, że trzeba je też uczyć.

A UCZYĆ nie znaczy „posyłać do szkoły”…

Dawno, dawno temu, w czasach, gdy na polskich ziemiach żyły jeszcze koczownicze plemiona łowieckie, żył sobie mały Pimpek. Mieszkał z rodzicami w jaskini, miał w niej swój prywatny korytarz i było mu dobrze. Z niewiadomych powodów rodzina Pimpka żyła z dala od wspólnoty plemiennej, podobno chodziło o jakieś stare sprawy, mezalians, czy coś, generalnie mocno przeskrobali, skoro wódz skazał ich na wygnanie.

Pimpek nazwany był Pimpkiem, a nie Mieszkiem, czy Świętopełkiem, gdyż jego promienne oblicze nigdy nie znało głodu i strudzenia, a pulchna twarz jaśniała w ciemnej grocie niczym księżyc w pełni. Rodzice bardzo Pimpka kochali, nieba by mu przychylili, gdyby mogli.

Tak to chwalebnie mijały Pimpkowi dni. On przesiadywał w grocie, grał w stonesa, jadł i spał, a o resztę troszczyli się ojciec i matka. Polowali regularnie na niedźwiedzie, dzięki czemu zawsze było co wrzucić do kotła i czym się okryć w zimową, słowiańską noc. Jednak lata mijały i podczas gdy Pimpek rósł na schwał i mężniał, to rodzicom ubywało sił i zdrowia… Coraz mniejsze niedźwiedzie przywlekali do jaskini, coraz rzadziej polowali, aż pewnego dnia nie wrócili już wcale.

Pimpek czekał i czekał. Czekał z tydzień, bo na tyle starczyło mu suszonego, jeleniego udźca, lecz w końcu kierowany głodem postanowił sam wyruszyć na polowanie. Nigdy nie widział, jak się to robi, gdyż rodzice z troski o syna, chronili go przed każdym trudem i niebezpieczeństwem, i nigdy, ale to nigdy nie zabierali młodego ze sobą na łowy. 

Pimpek wstał, wyszedł z jaskini, zmrużył oczy od słonecznego blasku, ale niczym nie zrażony udał się na wyprawę. Pełen radości i nadziei skakał po kniejach i dąbrowach w poszukiwaniu zwierzyny. Robił to jednak tak hałaśliwie i niezdarnie, że nawet stare, głuche osobniki dawały radę znaleźć schronienie, zanim ów dzielny myśliwy trafiał na ich ślady. O zmierzchu, zmęczony i zniechęcony, ułożył się do snu, by następnego dnia zacząć od nowa, a bardziej chyba licząc, że rankiem cudownie obudzi się w jaskini, przy ognisku, na którym wonnie podpiekać się będzie tłusty, smakowity dzik.

Niestety, Pimpek już się nie obudził. To znaczy obudził się, ale tylko na chwilę, gdy jego nozdrza wyczuły zgniły oddech, a uszy zaskoczyło chrapliwe dyszenie. A potem było już po wszystkim. Krótka szamotanina, parę krzyków, parę mlasknięć, smuga juchy z wleczonego ciała…

***

Ta krwawa historia powinna być przestrogą dla tych wszystkich, którzy uważają, że uchronią swoje dzieci przed światem, że „zabezpieczą” je, załatwią coś za nie… Dla tych, co sądzą, że wyręczając dzieci w codziennych czynnościach, nawet tych zwykłych, nudnych obowiązkach, jak sprzątanie pokoju, czy pakowanie się do szkoły, robią im przysługę. Owszem, jest to przysługa, tyle, że… niedźwiedzia.

Spokojnych snów.