O diabelskim młynie, Ewie i DNA

Niedawno narzucił mi się nachalnie wstępniak do artykułu o dziedziczonych po przodkach przeżyciach, doświadczeniach czy traumach. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że nagłówek brzmiał, jak tytuł filmu katastroficznego, w którym przodkowie to największe zło, jakie może nam się w tym życiu przytrafić, czyli taka prywatna Armia Umarłych z „Gry o tron”. I chociaż trochę podejrzewam, „co autor miał na myśli” (bo przyznaję, że brakło mi odwagi do przeczytania całości), to jednak nie do końca się zgadzam z światopoglądem, jakoby za wszystkie nasze nieszczęścia, nietrafione decyzje i problemy w teraźniejszości odpowiadali pradziadek z prababką z przeszłości.  A nawet jeśli po części tak jest, no bo nie można im odmówić siły sprawczej, to będę jednak bronić stanowiska, że to co dziedziczymy, nawet jeśli są to prywatne traumy przodków, to jedno, a co sami z tym robimy, to drugie. Tym bardziej należałoby się z owymi protoplastami zapoznać, by zastanowić się dlaczego sami jesteśmy tacy, a nie inni i co jednak możemy z tym zrobić!

Dlatego opowiem Wam o Ewie. Nie, nie tej pierwszej… Ale o Ewie, która jest detektywem i agentem specjalnym, chociaż nie pracuje w patrolu Rutkowskiego, tylko w starych, mrocznych archiwach i wskrzesza umarłych z grobu.

Ewa jest właścicielką pracowni genealogicznej o wdzięcznej nazwie OMA (co po śląsku i niemiecku oznacza „babka”), wiecznie w drodze, wiecznie zakurzona, wiecznie uśmiechnięta! Zna mnóstwo legend i anegdot, jak ta o celebrycie, który tak się uparł na udowodnienie swoich niemieckich korzeni (chodziło o obywatelstwo), że zupełnie zlekceważył powiązanie z inną znamienitą i bardzo zamożną, ale polską rodziną. Zapytana o jej najciekawsze odkrycie, mówi, że to to o prapradziadku, którego znalazła w Ameryce, przypadkiem. Tak się składa, że to był nasz wspólny prapradziadek!

archiwum rodzinne, XX-lecie międzywojenne

Praca genealoga do łatwych nie należy, do pasjonujących – na pewno. Godziny spędzone w dusznych archiwach, bezsenne noce roztrwonione na składanie życia kilku pokoleń w całość, rozmowy z niedosłyszącymi seniorami rodzin… To może zmęczyć, znużyć i zniechęcić. Może, ale nie Ewę!

Jej praca to podróż w czasie i rozmowy z duchami w jednym – tego co robili, z kim spali, gdzie pracowali, z kim się znali. Im bogatsza rodzina, tym trudniejsze poszukiwania, bo zamożne rodziny są stale  w ruchu. Biedne – rodzą się i umierają w promieniu kilku kilometrów, co sprowadza się do jednego, parafialnego archiwum.

Wypis z archiwum

Okazuje się, że większość z nas marzy o korzeniach, którymi można się nobilitować, pochwalić. Jest taki żart wśród genealogów, jak przychodzi baba do genealoga i mówi „proszę mi znaleźć szlacheckie pochodzenie”, w innej wersji wymienia „herb”. Ale bywa, że grzebanie w przeszłości daje zgoła inne efekty. Może się na przykład okazać, że nasz pradziadek od czasu do czasu „wychynywał” ze swojej wioski, co zaowocowało większą liczbą dalekich kuzynów niż się rodzinie wydawało, a uderzające podobieństwo do przypadkowej osoby nie jest takie przypadkowe… Albo, że nasza krew nie jest śnieżnie  europejska, jak babki zapewniały, bo ni z tego ni z owego wychodzą nam afrykańskie geny…

portret prapradziadka – skan z archiwalnej gazety

Albo, że nasz legendarny prapradziadek, oprócz tego, że zasłużył się ojczyźnie m.in. walcząc w powstaniach, to był też lwem salonowym i w 1904 roku balował na Nowym Kontynencie, zaszczycając między innymi Wystawę Światową w Saint Louis. Kto by pomyślał, prawda?!

Badania nad naszym pochodzeniem jeszcze nigdy nie były tak pasjonujące, jak w dzisiejszych czasach – współczesna technologia oferuje olbrzymie możliwości poznawcze, od Facebooka (tak!) po testy genetyczne, przez archiwa państwowe i kościelne. I tu znów nasunął mi się kilka dni temu artykuł, o naszych rodzimych naukowcach, którzy stworzyli aplikację wykorzystującą informację z kodu DNA, która ma doradzać, jaki sport uprawiać, by schudnąć lub nabrać mięśni. Czary z DNA!

Genetyka sądowa, do niedawna znana jedynie z kryminałów, wkroczyła już nie tylko do genealogii, ale do codziennego życia  i profesjonalnie tłumaczy skąd u nas, pomimo słowiańskich rysów, taki południowy temperament… Albo dlaczego jedynie nad Morzem Północnym czujemy się „jak w domu”… Albo, jakie choroby są dla nas bardziej prawdopodobne od innych. Dlatego nie lekceważmy naszych korzeni, bo one wiele nam mówią o nas samych, a przodków nie warto przeklinać, o wiele rozsądniej jest ich przepytać, nawet po śmierci!

archiwum rodzinne, XX-lecie międzywojenne; z osób ze zdjęcia, dziś żyje już tylko jedna osoba – mały chłopczyk za hulajnogą, a blondyneczka za nim, to nasza babcia, jej ojciec (ten po prawej) we wrześniu 1939 roku został wywieziony na wschód i tam ślad po nim zaginął, jak po wielu innych polskich oficerach…

Wracając do Ewy, jestem autentycznie z niej dumna, bo wykonuje pracę dla absolutnych fanatyków. Ale jestem też dumna z siebie, bo jej sukcesy, to po trochu i moja zasługa… Mamy bowiem swoją starą tajemnicę. Kiedy Ewa była małą dziewczynką, uratowałam jej życie. Wiem, brzmi to protekcjonalnie, zwłaszcza w kontekście całego wydarzenia, ale tak właśnie było. Ewa chciała wyskoczyć! Z karuzeli typu „diabelski młyn”! I wierzcie mi, bardzo się starała! I wieczność trwało zanim ktoś z obsługi zauważył, że na karuzeli jest dwoje dzieci, które bawią się koszmarnie – jedno nie mogąc się wyrwać z żelaznego uścisku, drugie – nie mając już sił tego uścisku utrzymać!

Finalnie wylądowałyśmy. Ewa – cała i zdrowa, ja – z traumą. Od tej pory nie kręcę się już z małymi dziećmi…  W ogóle się nie kręcę…

Ale mam nadzieję, że ostatecznie to przeżycie wyjdzie na dobre wszystkim pokoleniom – przed nami i po nas. I, że nasze wnuki, prawnuki i praprawnuki będą miały się jednak fajnie patrząc na nasze gigantyczne drzewo genealogiczne, w którym ani herbu nie ma, ani korzeni szlacheckich, ale jest rodzina, która nie straszy zza grobu, tylko mówi „Stary, dasz radę! Ja dałem, to i Ty dasz”. Amen.

« »

© 2019 Weekendaszek. Theme by Anders Norén.